Smród palonego zasilacza i żółte kartridże. Tak się kiedyś grało

Smród palonego zasilacza i żółte kartridże. Tak się kiedyś grałoOfiarą tej mody byłem również ja. Działo się to w czasach, gdy koncertowo rozwalałem sobie kolana o chodniki goniąc ciężarówkę „Family Frost”, gdzie sprzedawano skądinąd średniej jakości, cholernie drogie lody i mrożonki. Wtedy jeszcze niewielkie postkomunistyczne blokowisko w miejscowości, której do szczęścia zabrakło dosłownie kilku lat komuny było dla mnie całym światem – guzik mnie obchodziły rachunki i zepsuty „Maluch”, największą tragedią natomiast było to, że piłka wpadła pod nadjeżdżający samochód i zrobiła „bum”.

Tata, bo tu coś śmierdzi
Miałem to cholerne szczęście, że urodziłem się mając o siedem lat starszą siostrę. Na komunię dostała coś, co albo było japońskim Famicomem, albo bardzo go przypominało. Doskonale pamiętam dżojstiki, które są moim jedynym tropem odnośnie modelu „gry telewizyjnej”, znając jednak możliwości twórców podróbek, mógł to być produkt niezwykle podobny, ale z Famikomem mający wspólnego niewiele. Konsola po pewnym czasie się zepsuła, a w domu zaczęły gościć kolejne, włącznie z legendarnym Pegasusem IQ-502. Z tego wszystkiego, zacząłem lubić cosobotnie zakupy na „ruskim targu” razem z ojcem. Ten kupował przeróżne rzeczy: od części do „Malucha”, aż po elementy potrzebne do własnej „instalacji tworzącej płyn rozrywkowy”, a ja błagałem go o kolejną dyskietkę z grami, właściwie nie bardzo wiedząc co tak naprawdę kupuję (tak naprawdę to była loteria).
Cosobotnie zakupy były wręcz obowiązkowe w kontekście Pegasusa, bo ten był trochę jak skarbonka bez dna. Mnie w ciągu tygodnia potrafiły znudzić się wszystkie posiadane gry (a w najlepszych czasach miałem około 100 dyskietek… które opchnąłem później na Allegro razem z oryginalnym „pegazem”), dżojstik potrafił wyzionąć ducha (czasami sam, a czasami z moją pomocą), a zasilacz zaczynał podejrzanie śmierdzieć. Sobota kończyła się z reguły tak samo – do domu zlatywali się sąsiedzi, a dzieciaków nikt nie pilnował, dzięki czemu mogły łamać na czole pady i palić zasilacze tłukąc w kultowe dla tego okresu tytuły.

źródło : http://antyweb.pl/pegasus-nes-famicom-dyskietki/

Podatki, wojna i polityka czyli dlaczego ceny paliw są takie wysokie

Podatki, wojna i polityka czyli dlaczego ceny paliw są takie wysokieKto z czytelników nie pamiętałby czasów kiedy ceny paliw na stacjach nie przekraczały poziomu 2 czy 3 zł. Tak było mniej więcej do początku XXI wieku, kiedy każde przekroczenie cen na stacjach powyżej 2,5 zł było odbierane jako ogromna drożyzna. Teraz wszyscy się cieszą kiedy ceny paliw spadną poniżej poziomu 4,5 zł, chociaż były już czasy kiedy za litr paliwa trzeba było płacić powyżej 5 zł, a nawet około 6 zł! Skąd takie wahania cen i dlaczego kierowcy muszą ponosić tak wysokie koszty przy dystrybutorze?
Ceny paliw na stacjach: Konflikty wojenne i polityka mają duży wpływ
Źródła fali podwyżek na stacjach należy szukać w okolicach 2003 roku. Wtedy też wybuchł konflikt wojenny w Iraku, który w większym lub mniejszym znaczeniu trwa do dzisiaj. I właśnie wojny są jednym z zasadniczych źródeł podwyżek. Nie od dzisiaj wiadomo, że konflikty często prowadzone są właśnie w kontekście źródeł energii i ropy naftowej. Od 2003 roku można zauważyć na polskich stacjach paliw znaczące podwyżki cen zarówno benzyny bezołowiowej, jak i oleju napędowego.

źródło : http://antyweb.pl/podatki-wojna-polityka-czyli-dlaczego-ceny-paliw-sa-wysokie/

„Nie dajcie się zacipować!”. A może już się daliśmy?

„Nie dajcie się zacipować!”. A może już się daliśmy?Lider tego ruchu religijnego miał doznać „wizji”, albo jak on to nazywa „odbył telepatyczne połączenie ze swoimi przyjaciółmi z kosmosu”, którzy krążą nad ziemską orbitą i w odpowiednim momencie zabiorą wyznawców (dobrych ludzi) w międzygalaktyczną podróż, dzięki czemu ochronią się oni przed „ludźmi – jaszczurami”. Jednym z elementów przejmowania przez nich władzy na Ziemi jest chęć „zachipowania” całego gatunku ludzkiego, by sprawować nad nim pełną kontrolę. Wyznawcy „Aniołów Nieba” podważają system pieniężny oraz uważają mass media za plugawe – co wcale nie przeszkadza im w nich funkcjonować. Swego czasu prowadzili oni nawet kampanię spamerską, w której zasypywali skrzynki mailowe wezwaniami do „przebudzenia”.
Nie trzeba być geniuszem, by uznać wizje Bendy za niedorzeczne. Groteskowa strona internetowa ruchu religijnego oraz kolorowe ulotki (znane są przypadki z Krakowa oraz Warszawy – teksty były nieudolnie tłumaczone Google Translatorem, podobnie jak i strona) wcale nie odstraszyły dosłownie wszystkich: Benda może pochwalić się (niewielką, ale jednak) grupką wyznawców. Z powodzeniem można postawić go w jednym szeregu obok Jezusa Chrystusa z Opola, który leczy i doradza przez telefon.

źródło : http://antyweb.pl/nie-dajcie-sie-zacipowac/

Równie udany, co zapowiadający się na porażkę. Premiera Xiaomi Black Shark

Równie udany, co zapowiadający się na porażkę. Premiera Xiaomi Black SharkGamingowy dzień
Na temat Xiaomi Black Shark słyszymy już od kilku miesięcy. Powrót do gamingowych smartfonów zaczął się wraz z premierą Razer Phone, który okazał się nawet popularnym sprzętem i wypadł lepiej w statystykach sprzedaży niż oczekiwał sam producent. W tym przypadku jednak niebagatelny wpływ miało samo logo. W końcu mówimy o marce, która jest uwielbiana przez graczy i rzeczywiście cieszy się świetną opinią. Pomijając niektóre komentarze na temat ich wysokiej ceny.
Teraz do gry dołącza Xiaomi. Warto jednak zaznaczyć, że właśnie zaprezentowany model jest owocem współpracy dwóch firm: Xiaomi i Blackshark; które postanowiły stworzyć zupełnie nową linię urządzeń. Jestem ciekaw, co jeszcze ten duet dla nas szykuje. Teoretycznie nowość oferuje znakomitą specyfikację. Skoro mówimy o gamingowej propozycji, to powinno to być najważniejsze, jednak nie zapominajmy, że ten segment rynku dopiero się pojawił i trudno stwierdzić, czy w ogóle się rozwinie. Przyjrzyjmy się teraz bliżej jego konstrukcji.
Xiaomi Black Shark kontra reszta świata
Telefon został wyposażony w 5,99-calowy ekran IPS o rozdzielczości Full HD+ (2160 x 1080 pikseli, proporcje 18:9), który oferuje pokrycie palety barw DCI-P3 w 97%. Producent jednak nie pochwalił się już częstotliwością odświeżania obrazu. Razer Phone oferuje 120 Hz, co jest dostrzegalne w najnowszych tytułach, jednak na dobrą sprawę, nie każdy dostrzeże widoczną różnicę. Inna kwestia, że tego typu detale pozwoliły Chińczykom zmniejszyć cenę. Jedynie wspominają tu o tajemniczej technologii Pixelworks, która ma umożliwić inteligentną kompensację obrazu – ot, software’owy zamiennik.

Świetnie wygląda za to procesor. Zamontowany układ to Qualcomm Snapdragon 845 z grafiką Adreno 630, a uzupełnia je albo 6 GB RAM i 64 GB pamięci wbudowanej UFS, albo, odpowiednio, 8 oraz 128. Czy moglibyśmy chcieć czegoś więcej? Cóż, aktualnie nie znajdziemy nic mocniejszego, jednak pamiętajmy, że wydajne podzespoły to nie wszystko. Co więcej, zastosowano układ chłodzenia cieczą, choć sam pomysł nie jest w świecie smartfonów niczym odkrywczym. Firma pochwaliła się, że chwilach największego obciążenia pozwala obniżyć temperaturę procesor nawet o 8 stopni Celsjusza. Zobaczymy, jak będzie sobie radził w praktyce.

Z tyłu znajdziemy podwójny aparat: 12 Mpix z f/1.75 oraz 20 Mpix z f/2.2. Urządzenie dysponuje także dodatkowym klawiszem Shark One-touch, którym można szybko włączyć tryb nie przeszkadzać lub rozsunąć listę ze skrótami. Pod ekranem ujrzymy z kolei skaner linii papilarnych – może on również pełnić dodatkowe funkcje w trakcie rozgrywki. Świetnie prezentuje się także bateria o pojemności 4000 mAh.
Znacznie ciekawszą nowością jest sam pad. Waży 40 gram, można podłączyć go do dowolnego sprzętu za pomocą modułu Bluetooth i działa na jednym ładowaniu 30 godzin. Będzie działał z każdym telefonem z co najmniej Androidem 4.4 KitKat. Akcesorium to kosztuje 179 yuanów, czyli nieco poniżej 100 złotych, i akurat wydaje się być to najbardziej praktycznym dodatkiem dla gamingowych telefonów. Tego akurat zabrakło mi na premierze Razer Phone.
Tylko po co?
Jak przystało na pełnokrwisty gamingowy telefon, logo z tyłu się podświetla. Na zielono. Nie da się jednak ukryć, że Xiaomi Black Shark wygląda dosyć brzydko i wątpię, aby zjednał do siebie graczy. Po pierwsze nie oferuje szczególnego prestiżu. Mówimy tu o serii, która dopiero zadebiutowała i z pewnością zdecydują się na niego fani Xiaomi oraz poszukującego taniego telefonu do grania z Androidem. Po drugie chodzi o stylistykę. Rozumiem, że niektórzy styliści wyznają zasadę, że im bardziej krzykliwy będzie design, tym lepiej dotrze do grona graczy, ale moim zdaniem nie ma sensu tworzyć telefonów, które wyglądają jakby przeszły operację agrotuningu. Nie tędy droga.

Po trzecie chodzi o same gry na smartfony. W sumie dopiero ostatnio zaczęło się coś zmieniać za sprawą Fortnite oraz Player Unknown’s Battleground, które doczekały się swoich wersji mobilnych oraz podobnych kopii prosto z Państwa Środka. Wątpię, aby ktoś kupował taki telefon tylko ze względu na gry. Nie oszukujmy się, ale tytuły na telefony cechują się sporymi uproszczeniami i mają działać na większości sprzętów – w końcu dlatego najprostsze zabijacze czasu cieszą się tak ogromną popularnością.
Gamingowy smartfon wymaga jeszcze dopracowania. Z pewnością pojawienie się kolejnego produktu z tej kategorii zmotywuje innych do zaoferowania czegoś podobnego, a sami użytkownicy z chęcią sprawdzą takie dziwadła. Czy jednak rynek tego potrzebuje? Zważywszy na specyfikę segmentu gamingowego, nie widzę szczególnych szans na sukces Xiaomi Black Shark, chyba że firmy stworzą nową usługę z tytułami, wykorzystujący ogromny potencjał techniczny. Na razie to sztuka dla sztuki.
źródło: Xiaomi
The post Równie udany, co zapowiadający się na porażkę. Premiera Xiaomi Black Shark appeared first on AntyWeb.

źródło : http://antyweb.pl/xiaomi-black-shark-premiera/

Za wycieczkę z Warszawy do Berlina 100 zł w jedną stronę? To nie bajka. To polskie Autostrady

Za wycieczkę z Warszawy do Berlina 100 zł w jedną stronę? To nie bajka. To polskie AutostradyPolska sieć dróg szybkiego ruchu i autostrad rozwija się z każdym rokiem. Z ostatnich rządowych planów docelowo obywatele mają mieć do dyspozycji ponad 2000 km autostrad i prawie 6000 km dróg ekspresowych. Oddanych do użytku jest w tym momencie ponad 1700 kilometrów najszybszych szos oraz około 2000 kilometrów tzw. Ekspresówek. Jednak dziś wyłącznie o tych pierwszch – w dodatku skupimy się dokładnie na niecałych 700 km tych oznaczonych literą A. Na jednych z najdroższych odcinków płatnych dróg w Polsce.
Polskie autostrady: ile, za ile I dlaczego tak drogo?
Na początek kilka faktów I troszkę historii. Pierwszy płatny odcinek autostrady w Polsce został otwarty 3 kwietnia 2000 roku i łączy on Katowice z Krakowem. Jest to lekko ponad 60-kilometrowa trasa A4, która w całości łączy południowy-wschód z południowym zachodem. Zarządcą tego odcinka jest firma Stalexport Autostrada Małopolska S.A, a umowa na ten odcinek została podpisana w 1997 roku na okres 30 lat (do 2027)! Oznacza to, że koncesjonariusz będzie sprawował pieczę nad tym odcinkiem jeszcze przez 9 lat. Niestety ówczesny rząd podpisał bardzo niekorzystną dla siebie koncesję. Wiele razy próbowano aneksować i zmieniać zapisy, które dla przeciętnego Kowalskiego są niedostępne i tajne (za odtajnienie zapisów grożą drakońskie kary). Stalexport może na tym odcinku praktycznie robić co chce. I robi, bowiem przejazd 60-kilometrowego odcinka już kosztuje 20 zł (po 10 na każdej bramce), co daje 0,33 zł za kilometr. Kto by pamiętał czasy kiedy za przejazd płaciło się 10 zł w jedną stronę (po 5 na każdej bramce)…

źródło : http://antyweb.pl/platne-autostrady-w-polsce-drogo/

To niesamowite, co ludzie są w stanie zrobić, żeby uratować swoje smartfony

To niesamowite, co ludzie są w stanie zrobić, żeby uratować swoje smartfonyByć ciągle w kontakcie
Telefony zapewniają nam kontakt z całym światem, możemy ciągle rozmawiać ze swoimi znajomymi i rodziną, a przy tym absolutnie nic nam nie umknie. Najlepszym dowodem na istotę tych produktów jest ich liczba. Obecnie naprawdę niewiele osób nie ma jeszcze swojego telefonu, natomiast reszta może posiadać nawet więcej niż jeden, jednak wynika to najczęściej z chęci dysponowania osobnym sprzętem do pracy i użytku prywatnego.
W ciągu ostatnich latach badacze odkryli również nowe choroby cywilizacyjne. Z uwagi na częstotliwość korzystania ze smartfonów, sporo użytkowników cierpi na FOMO (Fear of Missing Out), czyli lęk przed tym, że coś nam ominie w internecie i nie będziemy mieli okazji już tego zobaczyć. Cóż, z własnego doświadczenia mogę zgodzić się, że sprawdzanie mediów społecznościowych co kilka, kilkanaście minut staje się wyjątkowo szybko nawykiem, którego trudno się pozbyć.

Tu należy wspomnieć również o nomofobii. Oznacza to strach, lęk i złość w chwili, w której zapomnimy wziąć naszego telefonu i będziemy mieć go przy sobie. Wynika to przede wszystkim z powodu możliwości ciągłego życia w sieci. W tym przypadku to uzależnienie od elektroniki wiąże się również z wydzielaniem hormonu szczęścia, dopaminy, uszczęśliwiającego nas i w badaniach wykazano, że potrafi zwiększyć się poziom naszej radości, kiedy usłyszymy np. dźwięk powiadomień. Wśród objawów nomofobii można napisać o podwyższonym tętnie, dusznościach, poceniu się, zawrotach głowy czy bólu w klatce piersiowej. Jednocześnie wiele młodych ludzi chodzi nawet spać ze swoimi komórkami, chowając je pod poduszką czy trzymając w dłoni przez cały czas.
Smartfon >> reszta
Bardzo ciekawe dane z Kelton Research USA wskazują, że średnio mężczyźni są w stanie wytrzymać o dwie godziny dłużej bez telefonu niż kobiety, które to w większości wolałyby wyjść bez makijażu niż bez smartfona (55% badanych). 29% osób wolałoby zapomnieć o portfelu, 28% o karcie, z kolei 11% uważa, że ich komórka to rzecz ważniejsza niż spodnie – brzmi to wszystko niewiarygodnie. Być może parsknęliście w tym akapicie śmiechem, jednak ten problem naprawdę dotyczy wielu z nas.

W tym badaniu sprawdzono również, co ludzie zrobiliby, aby uratować swój telefon. Aż 63% wskoczyłoby do pojemnika pełnego odpadów, aby znaleźć smartfon i go stamtąd wyciągnąć, a 27% badanych podjęłoby się walki z nawet uzbrojonym złodziejem. Tu przechodzimy do kwestii tego, do czego używamy tych urządzeń.
Skarbnica wiedzy
Na telefonach przechowujemy wszystkie swoje wartościowe dane. Mam tu na myśli zdjęcia, filmy, wiadomości, swoje ulubione piosenki – w przypadku firmowych sprzętów dochodzą jeszcze pliki biznesowe. Często są dla nas po prostu emocjonalnie wartościowe. W dodatku to dopiero inteligentne komórki pozwoliły nam wkroczyć w globalny, scentralizowany świat, w którym możemy wchodzić w interakcje z osobami z całego świata i nic nie stoi nam na przeszkodzie. Stać to się może nawet lepszą, cyfrową rzeczywistością. Wykreujemy tam nowych siebie i będziemy żyć długo oraz szczęśliwie, będąc w syntezie z naszym małym asystentem. On nas zawsze wysłucha.

źródło: Etuo
The post To niesamowite, co ludzie są w stanie zrobić, żeby uratować swoje smartfony appeared first on AntyWeb.http://antyweb.pl/smartfon-znaczenie-dla-czlowieka/

Udostępniamy nasze dane w sieci w zamian za darmowe usługi, czy to nam się naprawdę opłaca?

Udostępniamy nasze dane w sieci w zamian za darmowe usługi, czy to nam się naprawdę opłaca?Pierwszą darmową usługą, która swoją popularnością opanowała prawie cały świat była poczta Gmail, na początku dostępna na zaproszenia, później już dla wszystkich. Usługa dana nam całkowicie za darmo, w zamian za możliwość skanowania jej przez roboty pod kątem wyświetlanych reklam. Byliśmy tego świadomi, godziliśmy się na to, dziś prawie każdy ma, bądź miał styczność z tym webmailem, zostawiając w nim jakieś swoje dane.
Później pojawiły się kolejne usługi jak Google Drive, Dokumenty czy Zdjęcia, świetne usługi również za darmo, które stworzyły cały ekosystem danych, które gromadzone były w chmurze Google. Osobiście sam cieszyłem się z takiego obrotu rzeczy, w zdecydowanej przewadze powyższego pozawalało mi na błyskawiczne przywracanie komputera do fabrycznych ustawień, bez konieczności żmudnego tworzenia kopii zapasowych na DVD bądź pendrive, co jeszcze kilkanaście lat temu było standardem. I to nie tylko komputera, ale i przecież smartfonów czy innych urządzeń mobilnych, z których na co dzień korzystamy. Po formacie wystarczy zalogować się na swoje konta czy to w Google czy Facebooka i mamy z powrotem większość potrzebnych nam danych pobranych z chmury, jak zdjęcia, dokumenty czy lista kontaktów.
Teraz zastanawiam się jednak, czy to rzeczywiście tak wiele nam dają za te nasze dane, by się jeszcze z tego cieszyć? Dziś zdałem sobie sprawę, że od wielu lat nie zapisuję swojej książki telefonicznej w telefonie, wszystkie kontakty po formacie czy zmianie telefonu zaciągam z chmury, czy to Google czy Facebooka. Pomijając brak poszanowania do tych danych w przypadku Facebooka, który jeszcze niedawno domyślnie pozwiązywał numer telefonu czy email z danym kontem na FB, a dziś przyznaje, że w ten sposób większość z 2 miliardów użytkowników musi liczyć się z tym, że te dane zostały naruszone, w każdej chwili mogę przecież stracić do nich dostęp, moje konto może zostać przejęte, zablokowane z jakiegoś bliżej mi nieznanego teraz powodu, ale jest to możliwe i co wtedy? Cała historia, zdjęcia, dokumenty, kontakty gromadzone przez wiele lat pójdą w niepamięć i tylko dlatego, że przez te wszystkie lata było mi z tym wygodnie.
Niemniej nie będę już o tym pamiętał, jedynie rozpaczał nad stratą i z całą pewnością stwierdzę, że nie było warto, po czym wrócę do starych sprawdzonych sposobów zapisywania wszystkiego na dysku i przenoszenia tego przy użyciu kopii zapasowych offline. Dlatego myślę, że warto pomyśleć już o tym teraz i zmienić sposób funkcjonowania w sieci. Dzisiaj wydaje mi się już, że oni nie zasługują jednak na nasze dane.
Photo: danilkorolev/Depositphotos.
The post Udostępniamy nasze dane w sieci w zamian za darmowe usługi, czy to nam się naprawdę opłaca? appeared first on AntyWeb.http://antyweb.pl/udostepniamy-nasze-dane-w-sieci-w-zamian-za-darmowe-uslugi/