„1983” – nie rozumiem hejtu. Ten serial to naprawdę miła odmiana

„1983” – nie rozumiem hejtu. Ten serial to naprawdę miła odmianaPolitical fiction pomieszane z mocno rozbudowanym wątkiem kryminalnym zawsze jest ryzykowne: głównie dlatego, że w takiej atmosferze trudno jest wytłumaczyć widzowi niektóre zjawiska. Szczególnie, gdy ma się jedynie niespełna godzinę na odcinek. Twórcy muszą nieźle się natrudzić, by zmieścić tam wszystkie istotne informacje dotyczące przedstawionego świata, a przy okazji odpowiednio nakreślić bohaterów. W tej materii nie wszystko się udało. W 1983 nie jest tajemnicą, że jest to „teatr dwóch aktorów”, zestawienie Więckiewicza z Musiałem jest ryzykowne i da się odczuć, że tych dwóch kreatorów dzieli pewna przepaść. O ile ten pierwszy to klasa sama w sobie, a jego bohater – Anatol Janow to mocarna turbina w układzie „biturbo”, tak Musiał i Kajetan Skowron to już z kolei element, który nie bardzo chce ciągnąć ciężar, jaki sami stworzyli sobie twórcy. Beznadziejnie naiwny, mało interesujący. Chyba, że tak właśnie wygląda młody człowiek, którego rodzice giną w ataku terrorystycznym, a partia pozwala mu na ukończenie prestiżowej edukacji?
Odniosę się do najbardziej interesującej dla mnie kwestii w serialu: rok 2003, PRL ma się dobrze, Związek Radziecki uniknął upadku „na cztery łapy”, Al Gore nie jest wiceprezydentem USA – kreatorzy świata przedstawionego w serialu uczynili go głową państwa. Ataki terrorystyczne z roku 1983 spowodowały, że komunistyczny system ostał się nie tylko nad Wisłą, ale i w Kraju Rad. O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć koncepcję twórców na istotny zwrot w polskiej historii, tak nie mogę sobie poukładać w głowie tego, jak mocno te wydarzenia mogły wpłynąć na Związek Radziecki i jego kondycję.
Oczywiście, ludzie jednoczą się w trudnych momentach i historia dobitnie pokazała nam, że społeczeństwu warto czasami wskazać wspólnego wroga (niewierni, Żydzi, komuniści, „lewacy”) i mogę zrozumieć przyczynę ostania się komunizmu w Polsce tuż po tych wydarzeniach. Ale żeby Związek Radziecki utrzymał się „tylko” dzięki tragedii nad Wisłą? Chyba, że twórcy nie mówią nam na razie wszystkiego i jest na to lepsze wytłumaczenie. Wygląda to nieco tak, jak gdyby PRL miał znacznie większe znaczenie niż w rzeczywistości, a wydarzenia odbywające się na terenie naszego kraju miały niemałą moc sprawczą w kontekście światowej polityki.
Traszka, Warszawa, klaustrofobia, futuryzm
1983 to ukłon w kierunku futuryzmu. W serialu mamy dopiero rok 2003, a możliwe jest dostrzeżenie urządzeń typowych dla naszych czasów i rzeczywistości. „Traszka” to coś na wzór smartfona – komunikatora, oczywiście wykorzystany po to, aby inwigilować przede wszystkim młodych ludzi, dla których bezproblemowa, natychmiastowa komunikacja jest niezwykle istotna. O ile ucieszyłem się, że twórcy postanowili „puścić oko” do naszej rzeczywistości i zestawić ją z „co by było gdyby” uprawianym w 1983, to mimo wszystko po chwili posmutniałem: „Traszka” pasuje do tego serialu i tych czasów jak wanna do tostera. Czyli „trochę tak”, ale ogółem niekoniecznie.
Miło mi jednak, że zestawiono futuryzm z peerelowską spuścizną. Propagandowe plakaty utrzymane w podobnym stylu co te prezentowane w świecie realnym, mocno propagandowy przekaz w mediach przewijających się w serialu, ubrania bohaterów, umundurowanie służb i… Warszawa. Wygląda na to, że utrzymanie się PRL-u nie wpłynęło na ambicje urbanistyczne miasta – architektonicznie stolica Polski niczym nie różni się od tego, co obserwujemy poza serialem. Warto sobie zadać pytanie, czy jest to efekt słabego budżetu na serial (a takie głosy się już pojawiały), czy może świadomy zabieg: „za PRL-u w naszej formie nie byłoby tak źle jak się wydaje”. Argumentem za opcją pierwszą byłby zapewne fakt, iż w wielu scenach widz może czuć się odrobinę jak klaustrofobik: ciasne ściany, zamknięte pomieszczenia – wszystko, tylko nie otwarte widoki na miasto. Te, jeżeli się pojawiają, to bardzo, bardzo rzadko.

źródło : https://antyweb.pl/1983-opinie-recenzje/

%d bloggers like this: